20 lutego 2018

Tylko dla Twoich oczu


KATARZYNA RYRYCH

wydawnictwo: Literatura
ilość stron: 400
format: 16x21 cm
rok wydania: 2018
dostępna: TUTAJ

Bardzo lubię słuchać o tym jak dawniej wyglądało życie człowieka. Należę do tych osób, które gdyby tylko dowiedziałyby się, że istnieje maszyna czasu przeniosłyby się kilkaset lat do tyłu by na własne oczy zobaczyć ówczesnych ludzi. Chciałabym przespacerować się po zamku, gdy jeszcze tętnił życiem. Popatrzeć na typowy średniowieczny jarmark. Na pewno bałabym się, bo to nie były bezpieczne czasy. Ale wiele bym dała, by to zobaczyć na żywo. Dlatego też chętnie czytam książki historyczne. Szczególnie te opisujące życie ludzi w czasach panowania królów. Ich zwyczaje, sposób myślenia, wartości. Dla niektórych to może nie być niczym fascynującym, ale mnie to bardzo interesuje. Chętnie więc sięgam po takie lektury i  przyjemnością dowiaduję się coraz to więcej i więcej. Gdy więc dostrzegłam w ofercie wydawnictwa Literatura taką oto powieść, wiedziałam, że prędzej czy później po nią sięgnę. I tak oczywiście się stało. 

Tylko dla Twoich oczu to historia Jakuba. Chłopca urodzonego w ubogiej wiejskiej rodzinie. Gdy nasz młody bohater przyszedł na świat, kobieta pomagająca przy porodzie upuściła niemowlę. A ponieważ były to dawne czasy i ludzie nie znali medycyny tak jak my - chłopiec jest teraz garbaty. Co więcej Jakub urodził się też ze znamieniem na twarzy. Ludzie uznali, że to znak ognia, ale nic w tym dziwnego skoro jest wnukiem wiedźmy. Tak więc start tego młodego człowieka nie był najlepszy. Pokarany przez nos i unikany przez ludzi żył tak przez dwanaście lat. Rodzina traktowała go jak wyrzutka i najchętniej szybko by się go pozbyła. Jedynie babka chłopca zawsze miała dla niego dobre słowo i troszczyła się o niego jak nikt inny. Niestety przyszedł dzień, w którym staruszka odeszła z tego świata. I Jakub został zupełnie sam. Wtedy to właśnie wszystko nagle się zmieniło. Ojciec chłopca przegrał swojego syna w kości z wędrownym kuglarzem. Jakub stał się zatem uczniem słynnego mistrza Aviusa i od teraz rusza z nim w świat. By poznać zakątki, o jakich mu się nie śniło. A także by pobierać nauki i odkrywać otaczający do świat. Nie zamierzam Wam opisywać dalszych losów tego młodego chłopca. Mam nadzieję, że tym krótkim wstępem wystarczająco rozbudziłam w Was ciekawość byście sami sięgnęli po tę lekturę. Bo tak naprawdę sporo się tu jeszcze będzie działo. Avius okaże się nie tylko sztukmistrzem i akrobatą, ale również członkiem tajnego stowarzyszenia, który wypełnia sekretne misje dla możnych tego świata. Jakub, jako jego towarzysz, wierny i oddany przyjaciel oraz uczeń - zdobędzie ogromną wiedzę. Ale nie ma nic za darmo. Bo wiedza ta ma swoją cenę. I wkrótce jego życie będzie zagrażać śmiertelne niebezpieczeństwo. Ale o tym ciiii... Wszystkiego dowiecie się już sami.

Powiem Wam, że kocham książki Katarzyny Ryrych. Według mnie to jedna z lepszych pisarek dla młodzieży. Czytałam już kilka jej dzieł i jak dotąd byłam po prostu zachwycona. Pamiętacie tytuły "Denim Blue", "Król", "Za wszelką cenę", "Jasne dni, ciemne dni", "Koniec świata nr. 13"? Tak, pisałam o nich wszystkich tutaj i za każdym razem rozpływałam się w zachwytach. Bo te powieści były po prostu świetne. Ciekawe, zaskakujące, ciepłe i mądre. Sporo z nich wyniosłam i za każdym razem czytałam je z ogromną przyjemnością. Tak więc tą lekturę brałam w ciemno. Przecież nie mogła być gorsza! Hm... no cóż. Tym razem troszeczkę się pomyliłam. Nie była zła, ale nie porwała mnie jak te poprzednie. A dlaczego? Już Wam wyjaśniam.

Sam pomysł na fabułę według mnie jest super. Książka z pewnością jest ciekawa. I fajnie zaplanowana. Problem jednak z tym, że jest... nudnawa. Wszystko ciągnie się okropnie długo, w zasadzie jest tylko jeden wątek. A gdyby tak spojrzeć na całość z pewnej odległości powiedziałabym, że zdecydowana większość tej książki to przemyślenia i filozoficzne wywody. Nie mogę powiedzieć, że to nie jest ciekawe. I że niczego z tej książki nie wyniosłam. Wręcz przeciwnie. Według mnie te wszystkie spostrzeżenia są naprawdę interesujące. Problem jednak w tym, że czegoś innego oczekiwałam od tej lektury. Chciałam, żeby mnie porwała, żebym się w niej zatraciła. Żeby cały czas coś się działo. Żeby akcja byłą wartka i zaskakująca. Tymczasem tutaj wszystko toczy się wolno i jakoś tak... nie wiem sama. Przewidywalnie. Plusem są z pewnością opisy życia ludzi w owych czasach. Ale cała reszta nie jest tata jak myślałam. A szkoda. Sądzę, że gdyby autorka pokusiłaby się o więcej takich ciekawostek i dodała kilka wątków pobocznych byłoby o niebo lepiej. Można by też mocniej wplątać tę historię w prawdziwe wydarzenia historyczne, szerzej opisać niektóre znane nam już postacie. No ogólnie pogłębić nieco opisywaną historię. Wydaje mi się, że wtedy czytałoby się ją z większą ochotą. Teraz czuję niedosyt i to wszystko. Jest dobrze, ale myślę, że mogłoby być lepiej.

Tak więc nie przedłużając - dziś nie będzie ochów i achów. Nie chcę Was do tej książki zniechęcać, bo nie jest jakaś koszmarna. Ale też nie oczekujcie od niej zbyt wiele. Jeśli lubicie książki historyczne, powinna Was zainteresować. Warto zatem spróbować. Może Wam przypadnie do gustu? 


19 lutego 2018

Feralne urodziny ze Skarpetką


BENJAMIN CHAUD

wydawnictwo: Zakamarki
ilość stron: 36
format: 21,5x33,5 cm
rok wydania: 2017
dostępna: TUTAJ


Znacie królika rasy baran o imieniu Skarpetka? Jeśli nie to koniecznie musicie to nadrobić! Ja właśnie dopiero niedawno poznałam tego króliczka i jego właściciela i jestem zachwycona tą dwójką :) Jeśli macie ochotę zobaczyć o czym jest książka "Żegnaj, Skarpetko!" to zapraszam na moją recenzję TUTAJ :) Dzisiaj skupiam się na kolejnej książce o tych dwóch sympatycznych bohaterach. Choć tym razem jest t bardziej książka o chłopcu niż jego króliku, a właściwie o pewnych bardzo feralnych urodzinach na które się wybrał ;) 

Chłopiec został zaproszony na urodziny do Julii, która jest jego ukochaną, jednak ona jeszcze o tym nie wie. Postanawia podarować jej piękną niespodziankę w kształcie serce, wszystko robi własnoręcznie... Przebiera się razem ze Skarpetką, on zmienia się w Skarpetkę (swojego królika), a Skarpetkę zmienia w siebie. Uważa, że to naprawdę świetny pomysł, jednak na miejscu, w domu Julii okazuje się, że są tam inne dzieci! A na dodatek nikt się nie przebrał, bo to wcale nie jest impreza z przebierankami! 

A największą klapą jest moment kiedy chłopiec wręcza swojej ukochanej pięknie ozdobione serce lecz jest tam tak dużo taśmy klejącej, że dziewczynka cała się nią obkleja i nie jest nawet w stanie się z tego wszystkiego wydostać. Chłopcu jest jeszcze bardziej wstyd, a miarka przebiera się kiedy niechcący niszczy dekoracje urodzinowe i wpada w histerię na oczach wszystkich gości... Wybiega więc z domu Julii i chowa się na drzewie. Zostanie tam na wieki... Jednak koniec końców z każdej sytuacji jest jakieś wyjście więc i tutaj doczekamy się happy endu, ale o tym będziecie musieli przeczytać już sami, ja nic więcej nie zdradzam ;)  Mogę Was tylko zapewnić, że nawet taki popis, po którym mamy ochotę schować się pod ziemię może ostatecznie wyjść nam na dobre ;)

Wspominałam już, że tym razem książka skupia się praktycznie wyłącznie na naszym "chłopczykowym" bohaterze - na jego miłości, na jego prezencie, na jego kompromitacji, na jego zachowaniu, na tym jak mu głupio  wstyd. Ale tak jak w poprzedniej części tak i tutaj książka chociaż opisuje przykre zdarzenie jest napisana naprawdę zabawnie i kończy się dobrze więc bez obaw, zdecydowanie będziecie się uśmiechać podczas jej czytania :) 

Chociaż porusza dosyć poważny temat, jest to temat, a właściwie sytuacja którą może spotkać każdego małego czytelnika. Jest ona przedstawiona w zabawny sposób i oczywiście płynie z niej morał i moim zdaniem jest ona idealna, aby zagłębić ten temat i podyskutować z dzieckiem o ty co zrobić kiedy jego coś takiego spotka, ale też o tym co zrobić kiedy spotka to kogoś innego. Że nie można się śmiać, że powinno się pomóc, pocieszyć itd. Ja jeszcze z moim Dominikiem nie mogę na ten temat porozmawiać, ale kiedy będzie nieco starszy to z pewnością tak właśnie zrobię. Zwracam dużą uwagę a to, aby moje dzieci miały w sobie empatie, aby były pomoce i koleżeńskie, mam nadzieję, że uda mi się je wychować właśnie w taki sposób :) 

Ale zagłębiłam się nieco za bardzo w temat, a przecież o książce miałam pisać. Więc pozostaje mi napisać tylko, że jest ona nie tylko zabawna i mądra, ale jest także bardzo ładna, kolorowa, niewiele w niej tekstu i czyta się ją szybko, ale za to są duże ilustracje. A muszę przyznać, że to właśnie one robią tutaj sporą robotę jeśli chodzi o przekaz :) Ja bardzo polubiłam chłopca i jego królika rasy baran o imieniu Skarpetka. Jestem pewna, że Wy także ich polubicie! Polecam! 



16 lutego 2018

Kaczka, która przebrała miarkę


Pan Poeta

wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ilość stron: 32
format: 21x25 cm
rok wydania: 2018
dostępna: TUTAJ

Książki dla dzieciaków są fantastyczne. Naprawdę chyba wszystkie. Co chwycę po kolejną, znów rozpływam się w zachwytach. Uwielbiam czytać te wszystkie krótsze i dłuższe historyjki. Uwielbiam ciekawe historie, zabawne sytuacje i mądry morał z nich płynący. Kto nie czyta książek dla dzieci, te nie wie ile traci. Ja bez nich po prostu żyć nie potrafię. I pewnie jeszcze nie raz usłyszycie ode mnie te słowa. Bo jeszcze pewnie nie raz będę Wam tu polecać jakąś kolejną lekturę dla małych, mniejszych i najmniejszych. Bo warto i już. 

A teraz przejdźmy do konkretów. Znacie Pana Poetę? Przyznam się Wam bez bicia, że ja dotąd nie znałam i już bardzo tego żałuję. Bo wystarczyła jedna nieduża lektura jego autorstwa i wiem, że twórczość tego Pana to dokładnie to co mi w duszy gra. Bowiem wewnątrz tej nie dużej książeczki jest jedna, króciutka historyjka. I choć czytania tutaj nie ma zbyt wiele - to wszystko to co być powinno jest. Bo historyjka ta opowiada o pewnej dość próżnej kaczce, która szykowała się na randkę. Bardzo chciała na niej dobrze wypaść, więc bardzo skrupulatnie dobierała kreacje w jakiej wystąpi. Problem jednak z tym, że nasza bohaterka miała spory problem z podejmowaniem decyzji. Cały czas się wahała które piórka będą najodpowiedniejsze na tą okazję. I wciąż nie miała pojęcia co wybrać. A gdy wreszcie postanowiła poprosić o pomoc przyjaciela. Było już ciut za późno.

Może powiedziałam Wam tym razem ciut za dużo. Może nie potrzebnie zdradzałam tak wiele z treści tego opowiadania. Ale w zasadzie tych kilka słów to cała historia. Trudno byłoby mi opisać tylko jej fragment. A poza tym, właśnie w zakończeniu tkwi całe piękno tej książki. Błyskotliwa i bardzo pouczająca puenta, która na pewno szybko trafi do małego czytelnika i utkwi mu w pamięci na długo. Bo choć nie ma tu w zasadzie niczego nadzwyczajnego (wszyscy wiemy, że czas biegnie sobie nie patrząc na to jakie mamy plany), to ta sytuacja przedstawiona jest w taki sposób, że sama czytając pierwszy raz tę lekturę byłam nieco zaskoczona. Nie przypuszczałam, że książeczka dla kilkulatków mnie zadziwi. A jednak Panu Poecie się to udało. Zaskoczył mnie. I przyznam, że bardzo mi się to podoba :)

Lektura ta jest również ślicznie wydana. Nie jest może zbyt duża, ale na pewno przykuwa naszą uwagę. Okładka jest sztywna i gruba, kartki w środku lekko chropowate. Jednak na największe brawa poza tekstem zasługuje tutaj szata graficzna. Podoba mi się, że ilustracje nie są tu jakoś tak wychuchane i wydmuchane. Że nasza kaczucha robi śmieszne miny, nie ma idealnie ułożonych piórek i wygląda czasem nieco koślawo. Podoba mi się, że wszystko jest tu bardzo kolorowe, ale jednocześnie nie jakieś pstrokate i rażące po oczach. Myślę, że Joanna Młynarczyk, autorka tej grafiki miała świetny pomysł i doskonale się spisała. Ja przynajmniej jestem pod wrażeniem. Według mnie całość prezentuje się rewelacyjnie :)

Pan Poeta ma na swoim koncie kilka książek. Nie wiedziałabym o tym, gdyby na ostatniej stronie okładki nie widniały zdjęcia z innymi tytułami z tej serii. Poza Kaczką możemy przeczytać jeszcze przygody Kury, Wróbla i Kruka. Nie wiem czy ciekawe, ale patrząc na tę pozycję - mam na te książki ogromną ochotę. Podobna tematyka i wydanie... Tak... na pewno są równie piękne co ta oto lektura. Już wpisuję je na listę "muszę przeczytać/muszę mieć". A Was zostawiam dziś z Kaczuszką, co przebrała miarkę. Jestem pewna, że się spodoba i Wam i Waszym pociechom. Polecam! Warto :)

13 lutego 2018

Wielka księga emocji


ESTEVE PUJOL i PONS RAFAEL BISQUERRA ALZINA

wydawnictwo: Jedność
ilość stron: 120
format: 24x28 cm
rok wydania: 2017
dostępna: TUTAJ


Nie jestem żadnym psychologiem więc nie powiem Wam jakoś fachowo jak to z tymi emocjami bywa. Jestem jednak mamą, więc wiem, że uczucia to coś, z czym nasze dzieciaczki nie zawsze sobie radzą. Bo wiadomo, że odczucie głodu jest dość łatwe do rozpoznania. Gdy jest nam zimno lub gorąco - też wiadomo, że coś się dzieje. Ale czy tak łatwo jest zrozumieć, dlaczego właśnie do naszych oczu napływają łzy? Albo dlaczego nagle wszystko co nas otacza wydaje nam się być złe i brzydkie? My dorośli potrafimy już rozpoznawać te emocje. Wiemy kiedy jesteśmy rozgniewani, smutni, bezradni. 

Inaczej to wygląda u dzieci. Moja Natalka wiele razy budziła się z popołudniowej drzemki z płaczem. I nigdy nie potrafiła powiedzieć, skąd te łzy. Alicja przez wiele lat nie potrafiła spać sama. Od małego calutką noc musiała trzymać mnie za rękę. Tak jakby bala się, że gdy mnie puści - zniknę. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Ona sama nie potrafi mi tego wytłumaczyć. Po prostu tak miała i już. Teraz już z tego wyrosła. Ale gdybym się tak mocno zastanowiła, pewnie mogłabym Wam przytoczyć nie jedno takie zdarzenie. Zresztą pewnie nie tylko ja. Wiele mam boryka się z podobnymi problemami.

Bo jak się okazuje, człowiek musi się w życiu nauczyć wszystkiego. Nie tylko pisać, czytać i liczyć. Są też takie szczegóły naszego życia, na które w zasadzie nie zwracamy uwagi, a są one równie istotne co cała reszta. Na przykład emocje. Czy nie łatwiej byłoby brzdącowi, który właśnie pacnął koleżankę w ucho tylko dlatego, że bawi się jego ulubionym samochodzikiem, że to co w tej chwili poczuł to zwykła zazdrość? Że nie on pierwszy po niego sięgnął? Może gdyby to wiedział, mógłby zareagować w inny sposób i cała sprawa nie skończyła by się na dywaniku u wychowawczyni? Tylko, ze to właśnie wiemy my. Dorośli. Wiemy, że chłopiec był zazdrosny i nie potrafił obie poradzić z tym co czuje, więc użył pierwszego lepszego rozwiązania, by ukarać niegrzeczną koleżankę. Maluch jednak tego nie wiedział. On myślał tylko o tym, że jest mu teraz źle. A nie wiedząc jak temu zaradzić, zrobił pierwszą rzecz jaka mu przyszła do głowy.


Rozpisałam się, wiem to. Ale to dlatego, że emocje, to według mnie trudny temat i cieszę się, że jest ktoś, kto pomyślał o tym, by nauczyć dzieciaki radzenia sobie z nimi. Wielka księga emocji powstała po to, by wiedzieć jak tłumaczyć dzieciakom to co czują. Jak nazwać to co się z nimi dzieje i jak sobie z tym radzić. I powiem Wam, że choć miałam już w rękach podobne książki, ta jest naprawdę wyjątkowa. Niepowtarzalna. I już Wam piszę dlaczego.

Zazwyczaj w tego typu publikacjach są opowiadania związane z danym zachowaniem i to wszystko. Wiecie. Na przykład historyjka o niegrzecznej dziewczynce, co popsuła zegarek a potem bardzo tego żałowała. Albo o małym chłopcu, który poszedł sam do lasu i potem miał nauczkę. Takie opowiadania pokazują dzieciakom czego nie należy robić, opisują uczucie dzieci i... oczekują, że maluch sam wyciągnie z nich wnioski dzięki zawartemu w danej historii morałowi. W tym przypadku jest ciut inaczej. Tutaj przed każdym opowiadaniem jest kilka słów wstępu. Tam autor wyjaśnia co chce przekazać poprzez przytoczoną historię i niekiedy radzi, jak pracować z dzieckiem by ten cel osiągnąć. Dalej jest opowiadanie na konkretny temat. A na końcu kilku zdaniowe podsumowanie oceniające postępowanie bohaterów historii i wyjaśniające co było dobre a co złe. 


Dobry pomysł? Według mnie - genialny! Dzięki tym wszystkim wskazówkom nie tylko dziecku jest łatwiej ocenić co wydarzyło się w przytoczonej przed chwilką historii, ale też i nam rodzicom - gdy chcemy na dany temat z naszym brzdącem porozmawiać. Ta książka pomaga nam zwrócić uwagę na istotne szczegóły i nakierowuje na właściwy tor. Genialne. Kolejnym ogromnym plusem jest to, że lektura ta porusza znacznie bardziej skomplikowane zagadnienia niż te, do których zaglądałam dotychczas. Tu nie ma rozdziału typu smutek, żal, radość, szczęście itp. Jest natomiast taki rozdział jak impulsywność, odporność i radzenie sobie w trudnych sytuacjach, być realistą, asertywność i wiele wiele więcej.

Przyszłoby Wam do głowy rozmawiać z maluchem o asertywności? Fakt, powtarzamy nie raz - nie pozwalaj sobie wchodzić na głowę, nie używaj przemocy, ale gdy ktoś cię uderzy - nie bądź mu dłużny i wiele wiele więcej. Nie używamy jednak właściwych słów. Wydają nam się ona za trudne, zbyt skomplikowane. A wcale tak nie jest! Niech nasze dziecko od małego potrafi opisać to co się z nim dzieje we właściwy sposób. Niech wie, co robi itp. To dla nas to słownictwo jest skomplikowane, bo rzadko go używamy. Jak zaczniemy częściej - nie będzie dla nas niczym dziwnym. Czas rozbudować swój słownik emocjonalny i nie bać się nazywać rzeczy po imieniu. To tylko dobrze nam zrobi.

Znów się rozpisałam, oj macie się dziś ze mną. Ale po tym moim "gadulstwie" widać tylko, że wzbudziła we mnie ta książka wiele emocji. Podoba mi się, naprawdę jestem pod wrażeniem. Nie przypuszczałam, że będzie taka ciekawa. Że ktoś będzie potrafił ująć te trudne tematy w taki ciekawy i mądry sposób. Brawo! A do tego jeszcze lektura ta jest także pięknie wydana. Jest dużego formatu, ma grubą sztywną okładkę, grube śliskie kartki wewnątrz i... przepiękną szatę graficzną. Trudno oderwać wzrok od tych ilustracji. Wierzcie mi.

Na zachwalałam tak tą lekturę, że od tego cukru pewnie wszystko się już lepi. Ale byłam szczera. Książka ta według mnie jest genialna. Otwiera oczy nam dorosłym i bardzo pomaga wszystkim małym czytelnikom. Jest mądra, szczera, ciekawa i pomocna. Uwielbiam takie książki. Które nie tylko dostarczają nam rozrywki, ale które w pewien sposób ułatwiają nam zrozumienie wielu rzeczy. Sprawiają, że jest nam łatwiej. Poruszają one bowiem tematy trudne, na które często nie potrafimy rozmawiać. Nie raz spotkałam się z czymś takim i dla mnie takie właśnie książki zawsze są najbardziej wartościowe. Ta z całą pewnością dołączy do tego grona. Jest przepiękna. I na pewno bardzo nam się przyda. Wam także polecam tą księgę. Bez względu na to, czy macie jakieś problemy z emocjami u waszych pociech czy nie. Jestem pewna, że i tak Wam się spodoba. I że sporo z niej wyniesiecie dobrego. Polecam!

12 lutego 2018

Cud na Piątej Alei


SARAH MORGAN

wydawnictwo: Harper Collins
ilość stron: 304
format: 14,5x21,5 cm
rok wydania: 2018
dostępna: TUTAJ

Gdy za oknem jest szaro i ponuro, wiatr szaleje, że mało głowy nie urwie, dzieci zajmują się swoimi sprawami, a mąż siedzi z pilotem w dłoni ja zaszywam się w swoim małym świecie. Kubek z gorącą herbatką, grube skarpety, kocyk i... książka. Kocham takie popołudnia. Spokojne, ciepłe i cudowne. Bo gdy mogę w spokoju poczytać, gdy przez ten czas nikt ode mnie niczego nie chce, a ja mogę w spokoju przeżywać przygody nowo poznanych bohaterów jestem najszczęśliwsza na świecie. Nie ma nic piękniejszego... Szczególnie, gdy książka, którą w danym momencie czytam jest ciekawa. Jak ta tutaj! Tym razem chwyciłam po romans. Bardzo rzadko mam okazję czytać takie historie. Ale jakoś mnie naszło. Tytuł tej lektury i ciekawa okładka sprawiła, że nie mogłam przejść obok niej obojętnie. I choć twórczości tej autorki nie znam, miałam przeczucie, że mi się spodoba. I wiecie co? Nie pomyliłam się. Książka jest świetna! Rewelacyjnie się przy niej bawiłam.

Bohaterką te powieści jest Eva. Bardzo sympatyczna, prostolinijna, nieskomplikowana osóbka o złotym sercu. Dziewczyna przeżywa właśnie trudny okres. Rok temu umarła jej babcia. Jedyna bliska jej osoba. Eva bardzo to przeżyła. Staruszka była całym jej światem. I tak naprawdę gdyby nie wsparcie przyjaciół oraz pamięć o ukochanej babci i jej wskazówkach na życie - nigdy chyba by się nie pozbierała. I tak nasza bohaterka stara się trzymać fason. Babcia nigdy nie pozwalała jej się użalać nad sobą. Pragnęła by dziewczyna była szczęśliwa, by starała się żyć jak najlepiej, działać, tworzyć i nigdy się nie poddawać. Eva więc wraz z przyjaciółkami założyła firmę i rzuciła się w wir pracy. Starała się chwytać życie z ogon. Jednego tylko jej brakowało. Miłości. Nie wiedzieć czemu na jej drodze nie  stanął nikt godny uwagi. Koleżanki śmiały się nawet, że przyjaciółka żyje w celibacie. Ale tak naprawdę żyjąc jedynie domem i pracą trudno jest znaleźć miłość prawda? Żeby się zakochać trzeba wyjść do ludzi! Poznać kogoś! I takie właśnie postanowienie ma Eva. Od teraz dość ukrywania się. Czas na kolejny krok. Jak tego dokonać? Hmm... coś się wymyśli. Na razie w torebce Evy wylądowała prezerwatywa, z nadzieją, że wkrótce zostanie wykorzystana. I zlecenie, które przejdzie jej najśmielsze oczekiwania ;) 

I tak Eva trafia do apartamentu wielkiej sławy. Lukas Blade, jego właściciel to słynny na cały świat autor kryminałów. Jego książki sprzedają się jak świeże bułeczki, a wielu jego czytelników dałoby się pokroić za choć jeden autograf. Eva tak tego nie widziała. Tak naprawdę nie znała żadnej z jego powieści. Z natury była niepoprawną optymistką a te wszystkie mrożące krew w żyłach historie przyprawiały ją jedynie o dreszcze. Nie czytała zatem takich książek. Jej przyjaciółki owszem. Jedna z nich nawet była wielbicielką owego pisarza. Eva natomiast wolała szczęśliwe zakończenia. A wszelkiego rodzaju kryminały sprawiały jedynie, że miała koszmary w nocy. Na szczęście jej praca nie miała nić wspólnego z horrorami jakimi karmił publiczność pan Lucas Blade. Jej zadnie polegało na tym by przystroić mu mieszkanie na Boże Narodzenie i zadbać o pełną lodówkę pisarza. Miała sprawić, by okres świąteczny był dla niego czymś wyjątkowym. Ze wszystkich stron miała wylewać się świąteczna atmosfera pełna ciepła i dobroci. Eva byłą w tym doskonała, więc z przyjemnością podjęła się tego wyzwania. Poza tym cieszyła się, że okres przedświąteczny spędzi aktywnie. Miasto szykowało się do wielkiej śnieżycy. Dziewczyna wiedziała, że uwięziona we własnym mieszkaniu będzie jeszcze bardziej tęsknić za ukochaną babcią oraz roztrząsać fakt, że wciąż jest samotna. Tutaj wpadając w wir pracy choć częściowo zapomni o tym co ją boli. A ponieważ apartament pisarza miał być zupełnie pusty - liczyła na spokojną i ciekawą pracę. Jakież więc było jej zaskoczenie, gdy na miejscu zastała pana domu. Który nawiasem mówić nigdzie się nie wybierał.

Na tym skończę opisywanie Wam treści tej książki. To dopiero początek, ale potem będzie się działo tak wiele, że nie chciałabym za bardzo się zapędzić. Tym bardziej, że moje słowa i tak na pewno nie oddadzą tego, w taki sposób wy sami odbierzecie te wszystkie wydarzenia. Nie chce Was pozbawić emocji. Wybuchów śmiechu, wzruszeń. Trochę tego będzie, na pewno się nie zawiedziecie. Bo gdy na swojej drodze spotkają się dwie tak różne osoby to nie ma mowy by nie doszło do różnych niespodziewanych sytuacji. Eva jest bowiem nadzwyczaj szczerą, rozgadaną optymistką. Na w głowie to na języku. A do tego jeszcze, ona za nic w świecie nie potrafi udawać. Na jej twarzy czyta się jak w otwartej księdze. Zresztą w jej przypadku niczego nawet nie musimy się domyślać. Ona po prostu mówi o wszystkim bez ogródek. Czasem może przez chwilkę tego żałuje. Ale za chwilę robi dokładnie to samo. Taka po prostu jest. Szczera do bólu, prawdomówna i ufna. Wierzy w ludzi, w dobro i piękno otaczającego ją świata. Cała Eva. Jeśli natomiast chodzi o Lucasa, tutaj musimy uruchomić te bardziej mroczne cechy charakteru. Jest to bowiem mężczyzna z wielką raną na sercu. Pokiereszowany, zdeptany i zrozpaczony. We wszystkim doszukuje się intrygi i drugiego dna. Przestudiował tak wiele warstw ludzkiej natury, że zupełnie zapomniał o tej pozytywnej stronie człowieczeństwa. Dla niego wszyscy knują, spiskują i mają coś w zanadrzu. Nie mówi wiele, lubi spokój i ciszę. Co roku o tej samej porze wpada w czarną rozpacz i nie potrafi się pozbierać. A ten rok jest dla niego jeszcze trudniejszy. Bo poza niemiłymi uczuciami jakie nimi targają na karku ma jeszcze wydawcę, z którym podpisał kontrakt na kolejną powieść. I termin oddania rękopisu zbliżający się wielkimi krokami. A on nie ma nawet pomysłu na to, kim będą jego bohaterowie. Nie mówiąc już nawet o tym jak rozgrywać się będzie akcja powieści. Tak więc Lukas jest zupełną odwrotnością szczerej, uśmiechniętej i pozytywnie zakręconej Evy. Tymczasem ich losy nagle się splatają. I muszą wytrzymać ze sobą kilka tygodni. Myślicie, że to wykonalne?

Ta książka bardzo mi się podoba. Od pierwszej strony polubiłam zwariowaną Evę, jej szczerość i niewyparzony język. Podobało mi się to, że od samego początku doskonale wiedziała czego chce. To nie jakaś głupia gąska, która nie ma żadnych wartości. To po prostu dziewczyna pełna życia , która pragnie kochać. Che mieć kogoś, kim mogłaby się zaopiekować i kto otoczył by tą opieką także ją.  I choć niekiedy wydawało by się, że jest wręcz zdesperowana - ona dąży jedynie do wcześniej wyznaczonego celu. Powoli i sukcesywnie. Oj, powiem Wam, że prawdziwa z niej agentka! Lucas to także sympatyczny facet. Nie jest gburem. Powiedziałabym raczej, że to po prostu człowiek mocno stąpający po ziemi. Życie nauczyło go, że miłość to nie bajka. Że czasem piekielnie boli i trzeba na nią uważać. Nie wykorzystuje chwili, nie jest podrywaczem. Jest szczery i troskliwy, ale stara się zachować dystans. Podoba mi się jego lojalność. To, że stara się być uczciwy wobec innych. Fakt, wszędzie dostrzega czarne strony życia, ale to trochę z winy tego co go spotkało. I charakteru pracy, która wręcz wymaga u niego takiego podejścia. Mimo wszystko nie jest złym facetem. Nie oszukujmy się. Mając taką sławę i tyle pieniędzy, mógłby prowadzić znacznie inne życie. Hulaszcze i beztroskie. Tymczasem to facet trzeźwo myślący. Pragnący ciszy i spokoju. A gdy ten spokój nagle zmąciła rozgadana dziewczyna - wszystko nagle zaczynało nabierać zupełnie innego znaczenia.

Powiem Wam, że ja też jestem urodzoną optymistką. Zawsze i wszędzie staram się dostrzegać tą pozytywną stronę. Uważam, że życie jest za krótkie, by je spędzić na umartwianiu się. Lepiej wziąć sprawy w swoje ręce i po prostu działać. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. To od nas zależy, co wydarzy się dalej. Dlatego też podejście Evy bardzo mi się podoba. Ja może nie jestem aż tak szczera. I aż tak zwariowana. Ale myślę, że byśmy się dogadały. Może więc właśnie dlatego tak mi się ta książka spodobała? To przecież typowy romans. Z góry wiemy, że ta dwójka jakoś się dogada, i że na samym końcu będzie happy end. Powieść ta jest dość przewidywalna. Nie zaskakuje nas jakoś szczególnie. Ale to nie ma być trzymający w napięciu kryminał! Tu własnie o to chodzi. By się odprężyć i zarazić pozytywną energią. By podczas czytania spłynął na nas ten spokój i szczęście. A po jej przeczytaniu, żebyśmy pozytywnie kroczyli przez życie. I jak na moje oko - wszystkie te warunki zostały spełnione. Ta lektura naprawdę wpłynęła na mnie bardzo pozytywnie. Czytałam ją z wielkim uśmiechem na twarzy. I przyznam Wam się szczerze, że z przyjemnością zaczęłabym ją czytać od nowa. Gdyby nie to, że czeka na mnie mały stosik innych lektur, pewnie bym to zrobiła. Na razie jedynie muszę nacieszyć się miłym uczuciem jaki mi po niej został i wspomnieniami. Bo z pewnością ta dwójka bohaterów zadomowiła się w mojej głowie na dobre. 

Cud na Piątej Alei to ciepła i piękna historia. To miłość, jaką życzyłabym każdemu. Idealna lektura na walentynki. Polecam! 


11 lutego 2018

Panny młode. Zima


DENISE HUNTER, DEBORAH RANEY, BETSY ST. AMANT

wydawnictwo: Dreams
ilość stron: 352
format: 14x20,5 cm
rok wydania: 2017
dostępna: TUTAJ


Trzy historie w jednej książce - przyznam, że nie wiedziałam tak do końca czego się spodziewać ponieważ nie czytałam dotychczas czegoś takiego, tym bardziej byłam ciekawa. Okazało się, że są to trzy powieści tylko w skróconych wersjach. Trzy różne autorki, trzy różne pary, trzy różne zimowe miesiące, trzy różne śluby. Jesteście ciekawi co za historie kryją się wewnątrz?

Pierwsza historia (ślub grudniowy) opowiada o Layli, która nie dość, że została zdradzona przez swojego narzeczonego to na dodatek ten zostawił ją dla jej kuzynki. Ale to nie wszystko. Biorą ślub, a Layla jako najbliższa rodzina jest na niego zaproszona. Postanawia na niego pójść z godnością, tak aby nikomu już nie przyszło do głowy, że jeszcze cierpi po tej zdradzie. Tylko musi na niego pójść z osobą towarzyszącą co okazuje się trudne ponieważ jej przyjaciel tuż przed ślubem się rozchorował. Ale szczęście w nieszczęściu, Layla trafia na Setha, który proponuje, że z nią pójdzie. Niestety to właśnie jego nasza bohaterka obarcza winą za to, że jej były narzeczony poznał jej kuzynkę, co w rezultacie doprowadziło do tej sytuacji. Ale nie będę opowiadała Wam całości. Sami musicie się przekonać jak to się stało, że w ciągu kilku sekund Layla zdobyła nowego narzeczonego ;)

Druga opowieść (ślub styczniowy) jest o pewnej dosyć znanej pisarce, która ze względu na chorą matkę pozostawiła ukochany Nowy Jork i przeprowadziła się do małej mieściny w Kansas. Jednak w jej domu trwały roboty remontowe, ciągły bałagan i hałas to nie były sprzyjające warunki do pisania książki, a gonił ją termin i musiała się z niego wywiązać. Z pomocą przyszła jej kochana starsza sąsiadka. Okazało się, że jej przyjaciel ma pensjonat, który po śmierci jego żony jest praktycznie nie używany. Po uzgodnieniu wszystkiego Madeline każdego dnia rano zjawiała się więc w pensjonacie, rozkładała swoje przenośne biuro na stole w jadalni i w ciszy i spokoju pisała. Szło jej świetnie. Przez długi czas nie miała okazji poznać właściciela pensjonatu jednak codziennie wymieniali się liścikami, które zostawiali sobie w kuchni. Okazało się, że Pan Arthur to przesympatyczny mężczyzna, chociaż z pewnością o wiele, wiele lat starszy niż ona...

Ostatnia czyli trzecia zimowa historia z tej książki (ślub lutowy) opowiada nam o Allie i Marcusie. Po wieloletnim związku nadszedł w końcu czas na ślub. Są wspaniałą parą, bardzo się kochają dlatego też wszyscy są w szoku kiedy Allie ucieka z własnego ślubu. Nikt nie wie dlaczego, a ona odcięła się od wszystkich... Po czterech miesiącach od tego dnia na progu jej mieszkania staje siostra jej byłego narzeczonego, jednocześnie jej najlepsza przyjaciółka, która przyszła poprosić ją o to, by Allie została jej pierwszą druhną. Chcąc nie chcąc nie wymiga się od spotkania z Marcusem. Oboje czują się bardzo niezręcznie, ale ich miłość wcale nie wyparowała. Tylko muszą jeszcze dojść do tego co z nią dalej zrobić...

Każda z tych historii jest bardzo ciekawa, każda z nich bardzo mnie zainteresowała i przyznam, że każdą z nich z przyjemnością przeczytałabym w długiej, pełnej wersji ;) Uwielbiam romanse i pomimo tego, że wszystkie trzy, które są w tej książce mają po kilka-kilkanaście rozdziałów to ja czułam niedosyt, zdecydowanie chciałabym więcej. Ale na szczęście ukazała się już kolejna część z serii "Panny Młode" tym razem będą śluby wiosenne. Nie mogę się doczekać kiedy będę mogła przeczytać tę książkę :) Wracając jednak do dzisiejszej książki to mogę Wam jedynie napisać, że zdecydowanie ją polecam. Chociaż mamy tutaj trzy różne autorki to styl pisania mają bardzo podobny więc wszystko jest w miarę spójne i  czyta się tę książkę nie tylko przyjemnie, ale i bardzo szybko. Historie są ciekawe, a bohaterki i bohaterowie sympatyczni więc jeśli także lubicie romanse to książka ta z pewnością się Wam spodoba :)


10 lutego 2018

Spostrzegawczość z kameleonem Leonem


ZABAWA NA HORYZONCIE
AGNIESZKA BIELA
wydawnictwo: Edgard / Kapitan nauka
ilość stron: 32 + 48 kart
format: 15x22 cm
rok wydania: 2016
dostępna: TUTAJ


Nigdy nie zastanawiałam się co to w zasadzie jest ta spostrzegawczość. Zazwyczaj używałam tego słowa opisując osobę, która dostrzegała w naszym otoczeniu coś czego ja nie widziałam. Wydawało mi się zatem, że jest to ktoś, kto ma jak to się mówi, sokoli wzrok. Ale czy zobaczyć to to samo co widzieć i rozumieć? Jak się okazuje nie do końca. Osoba spostrzegawcza "ma zdolność dostrzegania powiązań, których my nie widzimy, dokonywać zaskakujących skojarzeń lub porównań, ujmować rzeczywistość w ramy, których wcześniej nie dostrzegaliśmy." Czyli nie jest to tylko osoba, która widzi, ale taka, która także skutecznie obserwuje i analizuje rzeczywistość. To oczywiście nie wszystko. Spostrzegawczość wiąże się jeszcze z wieloma różnymi cechami. Ale o tym wszystkim poczytajcie już sami. Tak kochani... to nie moja analiza. Tych wszystkich rzeczy dowiedziałam się z książki, którą chciałabym Wam dziś polecić. Jesteście ciekawi? Zapraszam!

Zestaw, który dziś Wam zaprezentuje to oczywiście produkt upatrzony w ofercie wydawnictwa Edgard. I niech Was nie zmyli moja analiza powyżej, bo wcale nie zamierzam pokazywać Wam żadnego poradnika do psychologii ani nic z tych rzeczy. Dziś będę pisać o bardzo ciekawej grze dla dzieciaków w wieku 6-9 lat. Zabawce, dzięki której nasze brzdące będą ćwiczyć swoją spostrzegawczość. Czyli nie trenować zmysł wzroku. Ale uruchamiać znacznie więcej rożnych zmysłów, trenować szare komórki by ta umiejętność rozwinęła się jeszcze bardziej. Bo jak się okazuje - jest ona dla nas ogromnym wsparciem w przyszłości. 

Tak więc dziś będzie o zabawie. Ten zestaw to niewielki kartonik, w którym znajdziemy książeczkę oraz 48 bardzo kolorowych kart. Na każdej z nich są kameleony. Czasem jest ich kilka, czasem tylko jeden olbrzymi. I to właśnie te karty służyć nam będą do zabawy! Możemy grać sami lub w grupie (max 8 osób). A polega ona na tym, żeby na kolejnych kartach analizować, który z kameleonów zniknął, a który się powtarza. Bowiem te strony z ośmioma zwierzakami mają jedną ważną cechę. Na każdej, 7 kameleonów jest zupełnie innych, a tylko jeden jest taki sam jak któryś z jego kolegów. Gdy sięgniemy po kolejną kartę, zobaczymy, że na nim także powtarza się tylko jeden kameleon, ale porównując dwie karty ze sobą zobaczymy, że jeden znika zupełnie, by na jego miejscu pojawił się inny. Który? Właśnie to musimy odgadnąć. 

Ale to jeszcze nie wszystko. Każdy z graczy ma także swoją własną kartę z jednym kameleonem i na każdej nowo odkrytej karcie z ośmioma zwierzątkami musi go jak najszybciej odnaleźć. Jeśli to zrobi pierwszy. Otrzyma punkt. Powiem Wam, ze to brzmi dość skomplikowanie, ale wcale takie nie jest. Bierzemy kartę, szukamy swojego kameleona, a następnie analizujemy tą kartę z poprzednią by odkryć, który z nich nam umknął. I to wszystko robimy jak najszybciej, by ktoś inny nas nie prześcignął ;) Fajne prawda? Zapewniam Was, że ta zabawa gwarantuje nam duuuużo śmiechu.

Zabawa w spostrzegawczość z pewnością wymaga od nas skupienia i koncentracji. Ale to dobrze. To miła odmiana od tych wszystkich bezmyślnych gier, w których wystarczy włączyć guziczek by coś zaczęło się dziać. Ja lubię, gdy moje dzieciaki muszą nieco się potrudzić by osiągnąć swój cel. Jak wiemy życie łatwe nie jest. Takie zabawy to dobrze przygotowanie na przyszłość. I trening umysłu, który z pewnością w przyszłości zaowocuje. Poza tym obserwując moje dziewczyny widzę, że im takie zabawy pasują. One lubią czasem trochę pogłówkować, po rywalizować odrobinkę. Zresztą, gdyby nie lubiły gier umysłowych na nic nie zdałyby nam się te wszystkie zagadki i łamigłówki, które obie rozwiązują z wypiekami na twarzach. To nam się wydaje, że najlepsze są zabawy lekkie proste i przyjemne. A ja Wam powiem, że takie też są fajne. Ale tego typu odmiana też jest dobra. U nas na przykład to się sprawdza.

Na początku wspominałam Wam, że w pudełku poza kartami jest jeszcze książka. To w niej właśnie znalazłam informacje na temat spostrzegawczości oraz instrukcję tej gry. Bo lektura ta skierowana jest do nas - dorosłych, a nie naszych dzieci. To ona otwiera nam oczy na to jak ważna jest dobrze rozwinięta spostrzegawczość i co możemy zrobić by wspierać nasze brzdące w tym treningu. Autorka wspomina tu o tym jaki związek ma spostrzegawczość z inteligencją i kreatywnością dziecka. Wymieni czynniki zakłócające postrzeganie itp. Książeczka jest niewielka, ale sporo się z niej dowiemy. Wierzcie mi. Na pewno Wam się spodoba.

Graj w spostrzegawczość z kameleonem Leonem to super zestaw. Kartonik nie jest zbyt duży, więc nie zajmuje nam on zbyt wiele miejsca. Karty są duże i ładnie porządnie wykonane. Dzięki laminatowi są sztywne, dość grube i mają śliską powierzchnie. Trudno je zatem będzie zniszczyć, możemy więc być pewni, że zabawka posłuży nam bardzo długo. Opakowanie całej gry, czyli karton, w którym to wszystko się mieści także jest solidnie wykonane. Tektura jest gruba i sztywna. A na górze jest linka imitująca uchwyt, więc dziecko może nosić tą grę jak małą walizeczkę. Podsumowując, naprawdę nie ma się tu do czego przyczepić. Podoba mi się zarówno pomysł na tą grę jak i jej wykonanie. Cóż więc mogę jeszcze napisać? Chyba tylko - gorąco polecam!!! 


Książeczki bezpośrednio na Twojej poczcie :)